Trzymaj się procedur albo stracisz dotację |
Trzy lata temu Danuta Miller, kosmetyczka z Otwocka otrzymała dotację unijną z Działania 3.4 „Mikroprzedsiębiorstwa", Priorytet III, ZPORR. Dziś Ministerstwo Rozwoju Regionalnego żąda zwrotu tych pieniędzy.
Danuta Miller otrzymała z Unii Europejskiej pieniądze na innowacje i wprowadzenie nowych technologii w swojej firmie dmUroda - w sumie około 180 tys. zł. Manikiurzystka sprzedała mieszkanie, po czym wszystkie pieniądze wraz z dotacją zainwestowała w nowoczesny salon urody. W 2005 roku kupiła i wykończyła nowy lokal, kilka miesięcy później wstawiła nowoczesne sprzęty. Od tamtej pory wszystkie zarobione pieniądze przeznaczała na rozwój - zatrudnia już siedem osób.
Firma rosła, gdy w maju roku 2007 odezwała się do niej Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU), czyli ta, która wypłaciła jej unijne środki, z pismem, że ma dotację zwrócić wraz z odsetkami, ponieważ naruszyła ustawę o swobodzie działalności gospodarczej (Art. 22 ust. 1 pkt. 2). Naruszenia tego przepisu dopatrzyła się instytucja zarządzająca programem operacyjnym rozwoju regionalnego (ZPORR), czyli Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. Centrala nakazała mazowieckiej jednostce odzyskanie unijnych pieniędzy. Chodzi o to, że pani Miller płaciła gotówką przy rozliczaniu inwestycji, mimo że rachunki przekraczały wartość 15 tys. euro, a tego ustawa o swobodzie działalności nie przewiduje. Ma to przeciwdziałać praniu brudnych pieniędzy.
Tymczasem pani Danuta ma w pełni udokumentowane rozliczenia i pochodzenie środków. Przelewy bankowe stosowała rzadko, bo jej kontrahenci, od których kupowała lokal i sprzęt woleli gotówkę. Kosmetyczka wezwaniem się nie martwiła, bo na naruszenie ustawy wyraziła zgodę mazowiecka jednostka wdrażająca i wypłaciła przecież dotację (potwierdzają to liczne dokumenty, zatwierdzone wnioski o płatność, protokoły z kontroli itp.). Ale Ministerstwo upiera się przy swojej interpretacji przepisów.
Pani Miller zwróciła się do prawników i usłyszała od nich, że po wypłacie dotacji Ministerstwo nie powinno występować o jej zwrot, chyba że nastąpiło znaczące naruszenie prawa ze strony beneficjenta. Na przykład sprzedaż towarów lub usług zakupionych z dotacji, czy też szybkie zamknięcie projektu. Nieoficjalnie również sama Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych też zgadza się z prawnikami pani Miller, a jej urzędnicy twierdzą, że jeśli resort będzie się upierał, to dojdzie do wielu spraw sądowych w całym kraju, bo przypadków podobnych do otwockiego jest już w Polsce podobno kilkadziesiąt.
Ten fakt jednak w niczym nie pomoże Danucie Miller, która pod koniec lutego otrzymała wezwanie do zapłaty, na kwotę dotacji 178.750 PLN plus odsetki 55.000 PLN. Ta jednak nie składa broni. Zwrot przeszło 200 tys. złotych oznacza dla niej zamknięcie biznesu, bo takie pieniądze jest w stanie zgromadzić tylko sprzedając swój salon urody. Pozostaje długa droga sądowa, którą kosmetyczka może wygrać, gdyż - jak zapewniają prawnicy - jeśli już ktoś tu popełnił błąd, to urzędnicy, a nie przedsiębiorca.
Gdy sprawę pani Miller opisał po raz pierwszy na swojej stronie internetowej Newsweek.pl na forum zawrzało. Część internautów wspierała kosmetyczkę, ostro atakując urzędników, część nie stroniła od wycieczek osobistych do pani Danuty - w końcu czyjś sukces rzadko cieszy. Właścicielkę salonu czeka teraz kilka lat ciągania się po sądach. I związane z tym koszty. I choć to nie jest bajka, morał z tej historii jest jeden - nie wierzmy urzędnikom na słowo i trzymajmy się ściśle przepisów. Bo dostać dotację to jedno, ale jej nie stracić to już zupełnie inna historia.
Paweł Kubisiak