Rynek walutowy i surowców

Roman Przasnyski

główny analityk Gold Finance

Gold Finance Sp. z o.o.

Maj, wrzesień i październik to miesiące tradycyjnie uznawane za najgorsze dla giełd papierów wartościowych. W tym roku ten schemat na Wall Street zupełnie się nie sprawdził. Za to miał doskonałe „zastosowanie” do tego, co działo się z dolarem. Ale i czasy mamy takie, że większość tradycyjnych schematów szwankuje. W tym roku największe porażki dolar ponosił w marcu, gdy na giełdach zaczęło się odreagowanie po głębokim załamaniu, a potem w wymienionych wyżej miesiącach.

Ostatni tydzień też nie należał do udanych. Nie tylko skala strat dolara wobec wspólnej waluty była tu istotna. Znaczenie nie tylko symboliczne, miało pokonanie ponad dwunastomiesięcznego rekordu słabości. W najgorszych dla siebie momentach amerykańska waluta zniżkowała w minionym tygodniu do 1,4966 dolara za euro. Poziom ten był atakowany dwukrotnie i choć euro wyżej nie zdołało się przedrzeć, to poniżej 1,49 dolara za euro "zielonemu" zejść tak łatwo już się nie uda. Wciąż zdaje się on tańczyć w rytm muzyki nadawanej z Wall Street i zmiana tonacji może odwrócić kierunek na światowym rynku walutowym, ale chyba nie w sposób trwały.
      
Coraz więcej zaczyna przemawiać przeciw dolarowi. Ewentualna głębsza i dłuższa korekta na giełdach będzie prawdziwym testem zaufania inwestorów dla niego. I albo mu na pewien czas pomoże, albo jeszcze bardziej obnaży słabości. W przypadku tych ostatnich nie chodzi tu tylko o nasilające się co jakiś czas głosy i dyskusje o zmierzchu dolara jako waluty, w której dokonuje się międzynarodowych rozliczeń, czy przechowuje sporą część rezerw większości krajów. Rzeczywiste zagrożenia dla amerykańskiej waluty płyną ze stanu tamtejszej gospodarki, a w szczególności stanu finansów publicznych USA.
      
Jednak wbrew katastroficznym wizjom niektórych ekonomicznych guru, wieszczących kolejną odsłonę finansowego kryzysu, nie należy się chyba obawiać rychłego trzęsienie finansowej ziemi. Żaden z krajów, "domagających" się ograniczenia roli dolara nie jest zainteresowany jego osłabieniem, a tym samym działaniami mogącymi doprowadzić do jego rychłej detronizacji. Wszak sporo w dolary zainwestowały i w wyniku spadku jego wartości mogą należeć do najbardziej poszkodowanych. Bardzo charakterystyczna w tym kontekście była niedawna wypowiedź Jean Claude Tricheta, prezesa Europejskiego Banku Centralnego, który wzrost wartości euro uznał za "zagrożenie w procesie odbudowy gospodarczej Europy po największym kryzysie
od czasów II wojny światowej". Stwierdził też, że euro nie zostało stworzone po to, by stać się główną walutą rezerw na świecie.
      
Choć ostatnio sytuacja na rynkach finansowych i w światowej gospodarce jest bardzo dynamiczna, to trudno sobie wyobrazić, by dolarowi w ciągu najbliższego dziesięciolecia mogła zagrozić jakakolwiek waluta narodowa, np. euro czy juan, ani jakakolwiek waluta wspólna. Choć koncepcji i planów co do tej ostatniej nie brakuje,
to jej entuzjastom można jedynie przypomnieć, że "dochodzenie" do wspólnej waluty europejskiej trwało tak naprawdę kilkadziesiąt lat. Tworzenie jakiejkolwiek formy "globala" potrwa może nieco krócej. Ale tylko nieco. Na moje oko, minimum dziesięć lat. Póki co, w dolarowych kalkulacjach należy brać pod uwagę przede wszystkim to, co dzieje się na Wall Street. Ograny schemat wciąż działa. Indeksy giełdowe rosną, dolar słabnie, surowce drożeją. Nastroje giełdowych inwestorów są jednak bardzo chwiejne i uleganie surowcowo-złotym mirażom za chwilę może okazać się bolesnym rozczarowaniem, gdy schemat zacznie działać w przeciwnym kierunku.
      
Nasza waluta ma coraz "lepszą prasę". Jej umocnienie się prognozują zarówno krajowi, jak i zagraniczni eksperci. Wypada się tylko przychylić do tych opinii, szczególnie czytając ich uzasadnienia. Najczęściej powtarzają się dwa argumenty. Po pierwsze, polska gospodarka należy do światowych liderów nie tylko odporności na skutki kryzysu, ale wręcz wzrostu. Po drugie, nasza waluta skorzystała jak do tej pory najmniej
z argumentu użytego w poprzednim zdaniu. Jest więc najprawdopodobniej znacznie niedowartościowana. Tyle tylko, że oba te argumenty powtarzane są już od tak dawna, że powinny przełożyć się na konkrety. A się nie przełożyły. I pewnie są jakieś powody. Nie przeceniałbym obaw inwestorów, związanych ze stabilnością naszych finansów.

Po prostu nasze lokalne czynniki są dla globalnych graczy na rynku finansowym zbyt mało znaczące wobec ogólnych tendencji. Dlatego złoty tańczy według partytury, w której dominują symbole euro i USD. Cóż z tego, że uznani za najlepszych w prognozowaniu kursów walut specjaliści z Landesbank Baden-Wuerttemberg uważają, że złoty umocni się w tym roku wobec euro o 10%? Ich zdaniem na koniec roku kurs euro spadnie do 4 zł, a pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku do 3,8 zł. Nie oni pierwsi. W końcu byłbym skłonny postawić jakieś pieniądze na ten scenariusz. Ale chyba niezbyt duże. A na pewno nie wszystkie.
      
Póki co, złoty korzysta z osłabienia dolara, choć może nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Jeszcze w ubiegły poniedziałek rano za dolara trzeba było płacić prawie 2,92 zł, w czwartek wieczorem już tylko niespełna 2,8 zł, czyli 10 groszy mniej. Choć krótkoterminowe wahania wydają się spore, to jednak w dłuższym horyzoncie siła naszej waluty wydaje się zupełnie niezagrożona. A trzeba też pamiętać, że nadmierne jej umocnienie nie sprzyjałoby zbytnio naszej gospodarce. Już dostrzegalne są pierwsze objawy w postaci zmian tempa eksportu i importu, które przechylają się coraz bardziej na korzyść tego drugiego.
      
Nieco gorzej nasza waluta radzi sobie wobec euro. Blisko prognozowanego na koniec roku przez zagraniczne instytucje finansowe poziomu około 4 zł za euro byliśmy w połowie sierpnia. Dziś kurs wspólnej waluty "przyzwyczajony" jest bardziej do poziomu 4,19-4,22 zł. Trudno więc na razie wyobrazić sobie powody, dla których w ciągu kilku tygodni euro miałoby stanieć o te 19-20 groszy, czyli o niemal 5%. Ale jak mówi się na giełdzie, powód zawsze się znajdzie. Najbardziej stabilnie zachowuje się kurs franka. Ale i w jego przypadku mieliśmy w ostatnich dniach do czynienia ze sporymi wahaniami. W poniedziałek za "szwajcara" trzeba było płacić momentami nawet 2,82 zł, w czwartek zaś już tylko 2,76 zł. Poziom względnej równowagi to okolice
2,77 zł za franka. Na takim poziomie zakończył się piątkowy handel.
 

Rynek Surowców

Złoto w minionym tygodniu nie przestawało błyszczeć i kusić nowymi rekordami ceny. W środę za uncję trzeba było płacić nieco ponad 1070 dolarów. W piątek było 20 dolarów taniej. Przyjemnie patrzeć jak na naszych oczach "dzieje się historia". Jeszcze większą z niej przyjemność mogą czerpać ci, którzy zdecydowali się na "złotą" inwestycję kilkanaście miesięcy temu, gdy wszyscy zafascynowani byli akcjami i funduszami inwestycyjnymi. W ciągu dwóch lat, bardzo trudnych dla rynków finansowych, można było zyskać około 50%, porównując notowania złota w dolarach z jesieni 2007 r. i obecnej, zimowej jesieni. Ale i miłośnicy złota, jako "najbardziej pewnej inwestycji na niepewne czasy", przeżyli ciężkie chwile, gdy w ciągu kilku miesięcy minionego roku cena uncji spadła z prawie 1000 do około 700 dolarów. Warto o tym przypomnieć tym, którzy "patrzą w niebo" zastanawiając się, ile jeszcze na złocie można będzie zarobić i w podejmowaniu decyzji o ewentualnym zakupie biorą jedynie tylko tego typu kalkulację pod uwagę.
      
Zapatrzonym w rekordy należy też zwrócić uwagę, że dotyczą one jedynie cen wyrażonych w dolarach. Jeśli weźmiemy pod uwagę notowania w złotych, o żadnym rekordzie nie ma mowy. Tu rekord był w połowie lutego, gdy uncja złota kosztowała około 3800 zł. W piątek jej wartość wynosiła 2973 zł. Ktoś, kto dał się ponieść emocjom i kupił wówczas złoto, a dziś postanowił je sprzedać, poniósłby stratę wynoszącą ponad 800 zł na uncji, czyli ponad 20%. Taka jest moc różnic kursowych między naszą walutą a dolarem, która w tym przypadku działa na niekorzyść niedawnych inwestorów. By mogli oni odzyskać zaangażowany kapitał, złoto, przy niezmienionym kursie dolara, musiałoby zdrożeć do około 1370 dolarów za uncję, czyli jeszcze o niemal 30%. To oczywiście możliwe, ale wcale nie tak pewne, jak wynika to ze stereotypu mówiącego, że złoto
to pewna inwestycja. W każdym razie należy zdawać sobie sprawę, że maksyma ta sprawdza się raczej w długim, a nawet bardzo długim horyzoncie. Prognozy mówią, że w krótszym terminie, kilku miesięcy, notowania złota mogą osiągnąć 1100 dolarów za uncję. W średnim, czyli kilkunastu miesięcy, nawet 2000 dolarów. A w długim, kilkuletnim, jeszcze więcej. Trzeba to traktować z odpowiednim dystansem i uwzględniać inne czynniki, jakie wiążą się z tego typu inwestycjami.
      
Coraz częściej mówi się, że wielcy inwestorzy lokują część swojego kapitału w złoto, czy szerzej, na rynku metali szlachetnych. Na przykład ostatnio można było przeczytać, że Georg Soros kupił 9% akcji producenta platyny Platinum Australia. Platyna od październikowego dołka podrożała o 75%. Kilka miesięcy temu John Paulson, jeden z najbardziej znanych zarządzających, postawił znaczną część aktywów na złoto, między innymi fundusze złota, akcje kopalń. Tyle tylko, że wynika z tego, iż oni "już" kupili, a my jeszcze nie. "Już" oznacza, że płacili o wiele niższe ceny, niż obecne. I być może w czasie, gdy my zastanawiamy się nad zakupem, oni są gotowi nam to złoto sprzedać. Chętnie kupiłbym złoto od Sorosa czy Paulsona, ale raczej nie za wiele i tylko z ich autografem na rachunku.
      
Przez pewien czas, gdy złoto święciło już tryumfy, notowania ropy naftowej wyraźnie pozostawały w tyle. Ale w ciągu ostatnich dni mocno "wzięły się do roboty". Do rekordu wszechczasów wciąż im daleko, ale swoje wielkie "pięć minut" miały nieco wcześniej i o powtórkę będzie bardzo trudno. Jeszcze początek tygodnia nie zwiastował wielkiej rewolucji. Już 70-72 dolary za baryłkę surowca gatunku Brent, jakie notowano w poniedziałek i wtorek robiły wrażenie. Ale piątkowe 77 dolarów to już naprawdę coś. Tyle tylko, że to coś znów więcej wspólnego ma ze słabością dolara niż z radykalną poprawą koniunktury w światowej gospodarce i wzrostem popytu ze strony przemysłu. Znów częściowo bodźcem do skoku cen była informacja o zmniejszeniu stanu zapasów benzyny w USA. Ale takie bodźce to tylko pretekst do zwyżki cen.

Wieści z rynku

Powstaje sieć salonów finansowych
   
Star Finance to sieć salonów finansowych, których tworzenie rozpoczęła firma doradztwa finansowego Gold Finance. W ciągu najbliższych trzech lat mają one powstać w ponad 1000 miejscowościach w całym kraju. Salony będą uruchamiane w małych i średnich miejscowościach, liczących ponad 8 tys. mieszkańców. Będzie w nich można korzystać z usług w zakresie finansów osobistych, dopasowanych do indywidualnych potrzeb klientów. Oprócz takich produktów, jak kredyty, pożyczki czy leasing, będzie w nich można regulować np. płatności za telefon, z tytułu czynszu itp.

Odsetki z lokat bankowych coraz niższe
   
Wciąż spada oprocentowanie lokat bankowych - wynika z comiesięcznego raportu Gold Finance. O ile jeszcze kilka miesięcy temu banki prześcigały się w przyciąganiu klientów, to obecnie po tej tendencji nie ma już śladu. I nie ma też raczej szans na to, by atrakcyjność lokat miała się w najbliższym czasie zwiększyć. Raport dostępny jest na stronie internetowej Gold Finance.

Ambitne plany funduszy inwestycyjnych

Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, organizacja zrzeszająca towarzystwa funduszy inwestycyjnych, przewiduje, że do końca roku wartość środków zarządzanych przez fundusze sięgnie 95-100 mln zł. Pod koniec września sięgały one 88,8 mld zł. Wzrost ten ma być efektem głównie zwyżek notowań na rynkach finansowych. Większego napływu środków od klientów Izba spodziewa się w drugim lub trzecim kwartale przyszłego roku.

Mamy coraz więcej mieszkań

We wrześniu liczba oddanych do użytku mieszkań wyniosła 13,45 tys. i była wyższa niż we wrześniu ubiegłego roku o 7,8%. W porównaniu do sierpnia tego roku zwiększyła się aż o 21,5%. Jednak liczba rozpoczętych budów mieszkań spadła o 12,4% w porównaniu do września 2008 r., a liczba wydanych zezwoleń na budowę była niższa o 19,1%.

 


Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

 

Dodaj komentarz

Oblicz kod z obrazka