Rynek walutowy i surowców

Mijający tydzień przyniósł kontynuację osłabienia dolara wobec wspólnej waluty. W pierwszych dniach września za euro płacono około 1,42 dolara, pod koniec poprzedniego tygodnia prawie 1,46 dolara, a w miniony czwartek już ponad 1,47 dolara.

Rynek Walutowy

Osiągniecie tego poziomu, najniższego od dwunastu miesięcy i pięciocentowa strata w ciągu kilkunastu dni to już spore wydarzenie. Coraz trudniej je tłumaczyć jedynie świetną sytuacją na giełdach i rosnącym "apetytem" na bardziej ryzykowne inwestycje. Bardziej logiczne wydawałoby się, gdyby inwestorzy powoli zaczęli "przesiadać" się z aktywów bardziej ryzykownych na "spokojniejsze". Po ponad półrocznej hossie zyski części z nich mogą być wystarczająco wysokie, by zacząć je realizować. Tymczasem nie widać strachu ani przed korektą, ani przed złą sławą września.

Póki co, nasza waluta ochoczo korzysta na osłabieniu dolara. Pogorszenie się jej sytuacji w związku z prawie dwukrotnym powiększeniem deficytu budżetowego na przyszły rok, do rekordowo wysokiego poziomu ponad 52 mld zł, okazało się jedynie przejściowe. Ale trzeba mieć świadomość, że moc złotego wynikająca ze słabości dolara może być równie krótkotrwała. Poziom poniżej 2,8 zł za dolara, jaki obserwowaliśmy w czwartek, wydaje się trudny do utrzymania w perspektywie najbliższych tygodni. W przypadku euro sytuacja naszej waluty jest nieco trudniejsza. Od początku sierpnia bezskuteczne są próby bardziej trwałego i wyraźnego zejścia poniżej poziomu 4,1 zł za euro. Podobnie wygląda sytuacja wobec franka, dla którego analogiczną barierę stanowi poziom 2,69-2,7 zł. W jego przypadku możemy mieć jednak sojusznika w postaci szwajcarskiego banku centralnego, który konsekwentnie trzyma się polityki słabej waluty i niskich stóp procentowych, co potwierdził w miniony czwartek.

Piątkowe przedpołudnie przyniosło zdecydowane umocnienie się dolara wobec euro. Za wspólną walutę trzeba było około godziny 10.00 płacić już tylko 1,466 dolara. To efekt gorszej sesji na Wall Street, ale też być może sporych spadków na giełdzie w Szanghaju. Złoty stracił 3 grosze w stosunku do dolara, ale w przypadku euro i franka "przecena" nie przekraczała 1 grosz. Pod koniec dnia sytuacja była znów bardzo dynamiczna i amerykańska waluta to traciła, to zyskiwała na wartości. Około godziny 17.00 euro znów wyceniano na nieco ponad 1,47 dolara.

Rynek Surowców

Złoto w roli głównej - tak zaczynał się ubiegłotygodniowy komentarz do sytuacji na rynku surowców. Złoto w roli głównej - tak należałoby zacząć i ten. Można się spierać, czy rekord wszechczasów znajduje się na poziomie 1036 dolarów za uncję, czy wynosił 1017 dolarów. W mijającym tygodniu jego cena osiągnęła 1024 dolary i złoto znalazło się na ustach i klawiaturach wszystkich komentatorów i trąbiły o nim niemal wszystkie media. I trudno się dziwić. Złote czasy złota to lata 70. ubiegłego stulecia. W ciągu tamtej dekady jego cena wzrosła 30-krotnie, z około 35 do ponad 900 dolarów za uncję. W pierwszej dekadzie obecnego wielu "zaledwie" czterokrotnie, z około 250 do ponad 1000 dolarów. Zostawiając jednak na inną okazję historyczne analizy, warto zastanowić się nad przyczynami obecnej zwyżki i rekordowo wysokiej ceny złota. Na giełdach akcji od ponad pół roku trwa doskonała passa i inwestorzy są w dobrych humorach. Nie  ma więc mowy o poszukiwaniu "bezpiecznej przystani" jaką zwykle bywa złoto. Trudno zaś podejrzewać, by bardziej zapobiegliwi gracze, w obawie przed długo oczekiwaną głębszą korektą, zamieniali akcje na złoto. Z globalnej gospodarki płyną coraz lepsze wieści, więc i z tej strony zagrożeń nie widać. Jednym racjonalnym wyjaśnieniem powodu wzrostu cen złota jest słabnący dolar. I tu zdaje się tkwić tajemnica "złotych" rekordów. Na początku obecnej dekady euro kosztowało około 0,8 dolara, dziś za wspólną walutę trzeba zapłacić aż 1,47 dolara, o "jakieś" 80% drożej. Skracając dystans, "zielony" jest najsłabszy od 12 miesięcy. A złoto od około półtora roku.

Dużo bardziej pasjonujące, niż poszukiwanie przyczyn wzrostu cen złota, jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, w jakim kierunku podążą, czyli czy kupować złoto, czy wręcz przeciwnie. Oczywiście można uprawiać dywagacje, że nastąpi druga fala kryzysu w gospodarce i świecie finansów, ceny akcji spadną do lutowego dołka i ceny złota mają z tego powodu doskonałe perspektywy. Ale budowanie na tej podstawie strategii inwestowania w złoto wydaje się mało praktyczne. Jeśli uznać, że na notowania kruszcu decydujący, lub przynajmniej bardzo duży wpływ ma siła amerykańskiej waluty, to w jej przewidywaniu należy upatrywać podstaw podejmowanych decyzji. Trzeba też mieć świadomość, że dla polskiego inwestora zyski lub straty z zakupu złota nie pochodzą jedynie ze zmiany notowań kruszcu, ale w dużym stopniu z różnic kursowych. Aby sobie to uświadomić, wystarczy porównać cenę złota w złotych z lutego-marca tego roku. Wówczas uncja złota kosztowała około 3800 zł, dziś około 2800 zł. A w dolarach i wówczas i dziś za uncję płacono … około 1000 dolarów. Problem w tym, że wówczas za dolara trzeba było płacić 3,8 zł, a dziś 2,8 zł. W istocie więc chodzi nie tylko o to, ile złoto będzie kosztowało np. za pół roku ale też ile będzie kosztował dolar. Co ciekawe, gdy pojawiły się rekordy cen złota, pojawiły się też prognozy, że wkrótce może nastąpić ich korekta w dół.

W ślad za słabnącym dolarem, w górę poszły nie tylko ceny złota, ale i pozostałych surowców. Na początku tygodnia za baryłkę ropy naftowej płacono niecałe 67 dolarów, w czwartek już nawet 72 dolary, czyli o ponad 7% drożej. To poziom najwyższy od końca sierpnia. Aż do środy podobnie zachowywały się kontrakty na miedź. W czwartek jednak na tym rynku zaczęła się spora korekta, w wyniku której obniżyły one swoją wartość aż o 1,6%. W przypadku ropy mieliśmy do czynienia jedynie z zahamowaniem zwyżki. Piątek przyniósł korektę spadkową na całym surowcowym rynku, nie wyłączając złota. Najmocniej dotknęła ona kontraktów na miedź, które zniżkowały o około 2%. Nietrudno zgadnąć, że był to efekt znacznego umocnienia się dolara.

Dodaj komentarz

Oblicz kod z obrazka