Tydzień na rynku akcji

Roman Przasnyski

główny analityk Gold Finance

Gold Finance Sp. z o.o.

Można powiedzieć, że po bardzo dobrym roku nasze indeksy wyraźnie odpoczywają. Stan ten można rozumieć dwojako. Według interpretacji pesymistycznej, jest to wyraźna oznaka słabnięcia trendu a nawet jego zakończenia. Z drugiej strony jednak, patrząc na wykresy tych indeksów nie widać oznak, by tendencja zwyżkowa miała się zdecydowanie zakończyć. Być może takie „wystudzenie” nastrojów i emocji będzie sprzyjało kontynuacji wzrostów.

Polska
Ostatni tydzień roku można uznać za nieco rozczarowujący. Rynek wyraźnie nie miał siły ani ochoty na ruch w górę, mimo że otoczenie zewnętrzne wyraźnie nam sprzyjało. Zarówno indeksy amerykańskie, jak i główne wskaźniki w Europie wspinały się powoli na rekordowo wysokie poziomy. W Warszawie nie było ani śladu poprawiania wyników, mizerne też były obroty, co wskazuje na zanik zainteresowania naszym rynkiem ze strony inwestorów zagranicznych. Jak widać, zajęli się oni własnymi akcjami. Nie ma jednak co narzekać, bo zarówno WIG20, jak i wskaźnik szerokiego rynku zanotowały niewielkie zwyżki. Indeks średnich firm przechodził niewielką korektę, ale był on najbliżej rekordowo wysokich poziomów. W końcówce siłę odzyskał też sWIG80, zachowujący się ostatnio znacznie gorzej. W ciągu ostatnich sesji 2009 r. zyskał na wartości 1,7%, najwięcej spośród wszystkich naszych wskaźników. Jest bardzo prawdopodobne, że małe i średnie spółki będą zachowywać się na początku 2010 r. lepiej niż blue chipy. Chyba, że tymi ostatnimi bardziej intensywnie zainteresuje się „zagranica”.

Można powiedzieć, że po bardzo dobrym roku nasze indeksy wyraźnie odpoczywają. Stan ten można rozumieć dwojako. Według interpretacji pesymistycznej, jest to wyraźna oznaka słabnięcia trendu a nawet jego zakończenia. Z najsilniejszą falą wzrostów mieliśmy do czynienia od połowy lutego do końca sierpnia. Na tyle dynamiczne ruchy rzadko kończą się tak spokojnie, czyli kilkutygodniowym „pełzaniem” na nowe szczyty, co obserwowaliśmy we wrześniu i październiku i następującym po tym dwumiesięcznym ruchu w bok. Powinno stać się „coś”, w wyniku czego rynek obrałby bardziej zdecydowany kierunek. Nie było euforii, nie było korekty, ani tym bardziej paniki, trudno więc ocenić rzeczywistą kondycję byków i niedźwiedzi. Widać wyraźnie, że poziom 40 tys. punktów w przypadku indeksu szerokiego rynku i 2400 punktów w przypadku WIG20 stanowi trudną do sforsowania barierę, ale i inwestorom niełatwo się z nimi pożegnać. Z drugiej strony jednak, patrząc na wykresy tych indeksów nie widać oznak, by tendencja zwyżkowa miała się zdecydowanie zakończyć. Być może takie „wystudzenie” nastrojów i emocji będzie sprzyjało kontynuacji wzrostów. Wciąż jednak wydaje się, że kondycję trendu poprawiłaby solidniejsza korekta spadkowa. Przy takim scenariuszu mogłaby ona zacząć się około drugiej połowy stycznia, po wcześniejszym wyjściu indeksów w górę, i potrwać do pierwszych tygodni marca, „zabierając” im 15-20% wartości. Kolejne miesiące przyniosłyby ruch w górę, do około 50 tys. punktów w przypadku indeksu szerokiego rynku i 2500-2600 punktów dla WIG20 na koniec roku.

Przeciwko takiemu scenariuszowi przemawia jednak „kalendarz” wydarzeń makroekonomicznych. Ewentualne kłopoty z deficytem i zadłużeniem ujawnią się ostrzej raczej w drugiej połowie roku. Wówczas też bardziej realna stanie się perspektywa zaostrzania polityki pieniężnej nie tylko w Polsce, co będzie mieć niekorzystny wpływ na rynki akcji. Jeśli do tego dołoży się „korekta” tempa wzrostu gospodarczego, związana choćby z wygasaniem skutków programów stymulacyjnych w Stanach Zjednoczonych, Europie i Chinach oraz „sterylizacja” rynków finansowych z nadmiaru pieniądza, koniec roku na giełdach może nie być zbyt optymistyczny.

Warto też zwrócić uwagę, że tempo wzrostu, jakie obserwowaliśmy na rynkach finansowych w 2009 roku ma niewielkie szanse na powtórzenie się w nadchodzących dwunastu miesiącach. Subindeks WIG Deweloperzy zwiększył swoją wartość o ponad 130%, WIG Spożywczy o 126%, wskaźnik małych spółek o 63%, mWIG40 o 55%.

Europa
Indeksy giełd w Paryżu i Frankfurcie na początku ostatniego tygodnia 2009 roku zdołały ustanowić nowe szczyty całej, trwającej od marca fali wzrostowej. Ale tuż po tym wydarzeniu spuściły z tonu i poddały się niewielkiej korekcie. Bicie rekordów szło w dość ślamazarnym stylu, ale liczą się fakty. Za styl na giełdzie nikt nie płaci. Londyńskiemu FTSE rekordów pobić się nie udało, ale kończył tydzień bilansem o wiele bardziej korzystnym niż koledzy. Być może dostanie szansę w pierwszych tygodniach stycznia. Korelacja sytuacji na giełdach w francuskiej i niemieckiej z tym, co dzieje się na Wall Street jest dużo większa niż w przypadku brytyjskiej. Stan trzech głównych gospodarek, a szczególnie perspektywy ich wzrostu nie wyglądają najlepiej. Są one znacznie mniej dynamiczne niż amerykańska, więc ta korelacja europejskim inwestorom powinna być jak najbardziej na rękę. O ile amerykańskie indeksy będą reagowały wzrostem na poprawę w gospodarce. Co - jak wiadomo - wcale pewne nie jest.

Wciąż widoczna była słabość giełdy ateńskiej i w mniejszym stopniu madryckiej, które chwilowo największe wrażenia mają za sobą. Hiszpański IBEX35 ucierpiał tylko nieznacznie i wciąż trzyma się blisko szczytów trendu, choć tamtejsza gospodarka zdaje się być w stanie, który takiego optymizmu inwestorów w najmniejszym stopniu nie uzasadnia. Po październikowo-listopadowych perturbacjach i sporych spadkach, formę odzyskuje giełda turecka. Indeks odrobił straty w całości i „zastanawia się” co dalej z tym sukcesem zrobić. Jego sytuacja zależeć będzie od nastawienia globalnych inwestorów do rynków wschodzących. To zaś zdaje się być nadal jak najbardziej pozytywne. ISE100 w 2009 r. zwiększył swoją wartość o 96% i należał do ścisłej czołówki indeksów, zaraz po Chinach, Rosji i Argentynie. Giełda moskiewska w ostatnich dniach siłą nie tryskała, ale też trzymała się blisko szczytów. Spośród giełd naszego regionu najbardziej imponującą końcówkę roku miał węgierski BUX, który zyskał 2,5%. O połowę gorzej radziły sobie Praga, Sofia i Bukareszt.

USA
Amerykańscy inwestorzy sprawili sobie i innym niezbyt miłą sylwestrową niespodziankę. Jeszcze w poniedziałek i wtorek ostatniego tygodnia starego roku S&P500 odważnie „wojował” z rekordowo wysokim od wiosny poziomem 1130 punktów i nagle w samej końcówce najkrótszej sesji 2009 roku dość dynamiczny spadek, w sumie o 1% i cofnięcie się o 15 punktów w dół. Zresztą z tą niespodzianką to może mała przesada. W końcu w ostatnich miesiącach zdążyliśmy przyzwyczaić się już do sytuacji, w której po kilku próbach wyrwania się w górę, najczęściej powyżej jakiejś okrągłej cyfry, następowało dynamiczne tąpnięcie. Poprzednio takich prób ataku na szczyty trzeba było kilka, tym razem wystarczyły dwie. Spadek najlepszego wrażenia nie robi, ale też wielkiej krzywdy technicznemu obrazowi wykresu nie uczynił. Udana obrona poziomu 1115 punktów w pierwszych dniach stycznia będzie oznaczać przeniesienie tendencji bocznej, trwającej już prawie dwa miesiące o mały szczebelek wyżej. Pytanie, co z tego wyniknie w dalszej części roku, na razie musi pozostać bez odpowiedzi. Żadnych wskazówek wykres nie daje.

Azja
Dla większości parkietów azjatyckich końcówka roku była dość udana, zaś cały rok był niezwykle udany. Liderem był chiński Shanghai B-Share, który zwiększył swoją wartość o 125%, a w pierwszej dwudziestce indeksów, które zanotowały w 2009 roku największe wzrosty znajduje się aż pięć wskaźników azjatyckich. Giełda indonezyjska dała zarobić 85%, wskaźnik w Bombaju wzrósł o 82%, podobnie jak na Tajwanie. Indeksy w Tajlandii i Singapurze zyskały „zaledwie” po ponad 60%. To urok rynków wschodzących, uznawanych za mające ogromny potencjał wzrostu, modnych także ze względu na kuszące, wysokie stopy zwrotu, polecanych przez niemal wszystkich zarządzających wielkimi funduszami inwestycyjnymi. Nikt nie mówi o ryzyku, związanym z tymi rynkami, ale przecież to ryzyko było najbardziej w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy poszukiwanym „towarem”.

Nie należy jednak zapominać, że ryzyko to może pojawić się w każdej chwili, a wówczas straty mogą być równie wielkie, jak niedawne zyski. Na niektórych rynkach mieliśmy okazję obserwować prawdziwe chwile grozy. Między innymi na rewelacyjnie spisującej się giełdzie chińskiej, gdzie zdarzyło się kilka sesji kończących się spadkami indeksów o ponad 7% i trzy korekty, których siła budziła respekt.

Przeważają opinie o atrakcyjności tego regionu i opierają się one na racjonalnych argumentach. Ale na rynkach nie zawsze rządzi racjonalność i nie zawsze pozwala osiągnąć zysk. Nie brakuje też głosów, że rynki wschodzące, w tym azjatyckie, zostały napompowane spekulacyjnym pieniądzem ponad miarę i może czekać je gwałtowna korekta. Z pewnością zajmowanie „strategicznych” pozycji w funduszach inwestycyjnych operujących w Azji można uznać za posunięcie rozsądne. Ulokowanie w nich większości kapitału już raczej na miano rozsądnych zasługuje mniej.

Pamiętać też trzeba, że to region dość zróżnicowany. Doskonale pamiętają o tym fundusze inwestycyjne, „wyłączając” ze swych azjatyckich portfeli Japonię. Zapewne nie tylko z tego względu, że trudno ją zaliczyć do rynków wschodzących. Nikkei w ciągu roku wzrósł o 20%, a zarabianie pieniędzy na inwestycjach w japońskie akcje nie jest zajęciem ani łatwym, ani bezpiecznym.



Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Dodaj komentarz

Oblicz kod z obrazka