![]() | Arnaliza rynku walutowego i surowcówRoman Przasnyski główny analityk Gold Finance Gold Finance Sp. z o.o. | ![]() |
O ile zmiany kursu euro do dolara, sięgające w ciągu roku ponad 20% należy uznać za bardzo duże, to jak można określić skok kursu dolara do złotego z około 2 zł latem 2008 r. do prawie 4 zł w lutym 2009 r. i ubiegłoroczny powrót z 3,9 do 2,7 zł?
Ostatnie dni roku przyniosły pewne uspokojenie nastrojów na światowym rynku walutowym, po silnej aprecjacji dolara wobec euro. Grudzień był jednym z najgorszych miesięcy dla wspólnej waluty. Gorszy był tylko… styczeń. Ale bilans bardzo nerwowego roku wcale nie jest nadzwyczaj imponujący. W Sylwestra 2008 r. euro wyceniano na niecałe 1,4 dolara, w Sylwestra 2009 r. na nieco ponad 1,43 dolara. Różnica wynosi dokładnie 3,6 centa, czyli 2,6%. Ale ile się działo „w międzyczasie”. W styczniu amerykańska waluta umocniła się z 1,397 dolara do 1,296, czyli aż o 10 centów, a więc o ponad 7%. Największą siłę dolar demonstrował na początku marca, spychając euro do poziomu 1,246 dolara. Rozpiętość wahań tych walut w ciągu roku sięgała więc 27 centów, czyli 21,5% (od minimum do maksimum, gdyż dolar głównie się osłabiał). Można się pocieszyć tylko tym, że była ona znacznie mniejsza niż w 2008 r., gdy sięgała 37 centów, czyli 23% (od maksimum, do minimum, ponieważ amerykańska waluta umacniała się). Różnice kursowe były więc ogromne, co szalenie utrudniało operowanie na rynkach zagranicznych, zwiększając ryzyko, choć dając także szanse na spore zyski. Przez niemal cały okres największych zawirowań na rynkach finansowych i bessy na giełdach, to dolar był bezpieczną przystanią, do której płynęły kapitały z całego świata. Doprowadziło to do dość absurdalnej, zdawałoby się, sytuacji, gdy rentowność amerykańskich obligacji była zerowa, czyli były one kupowane nie po to, by na nich zarobić, lecz „przetrzymać” pieniądze w miarę bezpiecznie. Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Ostatnio - w czasie drugiej wojny światowej, gdy obligacje emitowane przez szwajcarski rząd osiągały ceny tak wysokie, że ich rentowność była nawet ujemna (momentami w 2008 r. ujemna była też rentowność niektórych emisji amerykańskich papierów skarbowych).
„Wszystko” zmieniło się po 9 marca. Dolar nagle przestał być lubiany, stracił swoją moc, a „wszyscy” rzucili się na rynek akcji i surowców. Obligacyjny post zamienił się w akcyjny karnawał i ”darmowe” dolary płynęły na wszystkie niemal światowe giełdy. Wysokie ryzyko nie było już tak straszne dzięki zerowym stopom procentowym. Jen, będący od lat monopolistą w transakcjach typu carry trade znalazł potężnego konkurenta. Sielankowy mechanizm zaczął psuć się dopiero pod koniec roku. W następnym nie będzie już tak łatwo. Ziarno niepokoju zostało zasiane. Ryzyko zaczyna mieć swoją cenę, a perspektywa wzrostu stóp procentowych, choć wydaje się wciąż odległa, odbiera inwestorom odwagę.
Nasza waluta najwyraźniej znajduje się między młotem a kowadłem. Oddziałują na nią czynniki o charakterze wewnętrznym i zewnętrznym. O żadnej z tych grup czynników nic pewnego powiedzieć się nie da, a dodatkowo ich „części składowe” są mocno niejednolite. Jeśli chodzi o czynniki wewnętrzne, to za umocnieniem złotego przemawiają wyniki naszej gospodarki i jej perspektywy, które wydają się nadzwyczaj korzystne. Europejski prymus, jeśli chodzi o wzrost PKB i uczestnik ścisłej światowej czołówki „zasługuje” na mocną walutę. Jeśli tempo wzrostu gospodarczego rzeczywiście przyspieszy i odezwie się inflacja, to trzeba się liczyć ze wzrostem stóp procentowych, co również na złotego będzie działać wzmacniająco. Tyle tylko, że umacniająca się waluta będzie czynnikiem osłabiającym jej konkurencyjność eksportową. W warunkach walki o rynki zbytu słaba waluta jest marzeniem niejednego rządu i każdego eksportera. Bardzo wyraźnie i głośno dają temu wyraz przedstawiciele władz Unii Europejskiej, Niemiec, Szwajcarii, Japonii. Z drugiej strony, od złotego odstraszać może stan finansów naszego państwa. Wysoki deficyt i niebezpiecznie rosnące zadłużenie nie są tym, co inwestorzy lubią najbardziej. Ale też, póki jesteśmy postrzegani lepiej niż pozostałe kraje naszego regionu, polskie papiery skarbowe mogą być dla nich łakomym kąskiem, a to oznacza wzrost popytu na naszą walutę, czyli jej umocnienie. A pożyczać musimy sporo.
Czynniki zewnętrzne wydają się być na razie dominujące. Oprócz rozgrywek między euro a dolarem, coraz ważniejsze są jednak aspekty regionalne. Kłopoty z ocenami ratingowymi mają już nie tylko Łotwa i Estonia, ale także Grecja, Hiszpania, Irlandia. Jeśli lista ta zacznie się poszerzać i znajdą się na niej państwa z naszego sąsiedztwa, mogą zacząć się kłopoty. Grudzień stał pod znakiem dynamicznego osłabianie się złotego, choć koniec miesiąca przyniósł nieznaczną poprawę. Szczególnie „podejrzane” było zachowanie się rynku w ostatnim dniu 2009 roku. „Niezależność” sytuacji na nim od czynników zewnętrznych skłaniała do przypuszczeń, że zawdzięczamy ją „niewidzialnej ręce” Banku Gospodarstwa Krajowego, sterowanej przez Ministerstwo Finansów.
W kwestii prognoz, chciałoby się powiedzieć, że z takimi sensacjami, jak w 2009 r., szczególnie na wzór tych ze stycznia i lutego raczej nie będziemy mieć do czynienia, ale pewności wcale nie ma. Prognozy zagranicznych instytucji finansowych, zakładające niemal jednomyślnie umocnienie się złotego, opierają się prawdopodobnie przede wszystkim na modelach bazujących na prognozach tempa wzrostu gospodarczego. Jedna lub dwie opinie agencji ratingowych w jednej chwili ten scenariusz mogą odmienić, nawet jeśli nie będą bezpośrednio dotyczyć naszego kraju. Przez większość globalnych funduszy nasz region traktowany jest „koszykowo”, a polski rynek, jako najbardziej płynny, może odczuć skutki wycofywania się wyjątkowo boleśnie.
O ile zmiany kursu euro do dolara, sięgające w ciągu roku ponad 20% należy uznać za bardzo duże, to jak można określić skok kursu dolara do złotego z około 2 zł latem 2008 r. do prawie 4 zł w lutym 2009 r. i ubiegłoroczny powrót z 3,9 do 2,7 zł?
Rynek Surowców
Na rynkach surowcowych sytuacja w ostatnich dniach 2009 roku była dość zróżnicowana. Indeks cen surowców CRB w ostatnim tygodniu zwiększył swoją wartość o ponad 1,4%. Zdecydowanie drożały ropa naftowa i miedź, taniało zaś złoto i srebro. Za baryłkę ropy naftowej gatunku Brent trzeba było 31 grudnia płacić nieco ponad 78 dolarów, o prawie 4% drożej niż przed świętami. Surowiec gatunku Crude kosztował ponad 79 dolarów za baryłkę. Dynamiczna zwyżka cen ropy trwa od połowy grudnia. Dwa tygodnie temu baryłkę Brent można było kupić za około 71 dolarów. W Sylwestra trzeba było za nią zapłacić już ponad 78 dolarów, czyli 11% więcej. Sytuacja na rynku tego surowca wciąż jest mocno niepewna. Dość prawdopodobne wydaje się dojście cen do 80 dolarów za baryłkę, jednak trwałe przekroczenie tego poziomu wcale pewne nie jest. Czynniki fundamentalne wciąż ścierają się z typowo rynkowymi. Na pewno należy liczyć się ze sporą zmiennością sytuacji. Wiele zamieszania wprowadzać będą cotygodniowe informacje o stanie zapasów paliw w Stanach Zjednoczonych. Sporo zależeć będzie od warunków pogodowych za oceanem.
Prognozy ekspertów są dość rozbieżne. Te umiarkowane mówią o możliwości wzrostu o 37% w 2010 r., czyli do około 107 dolarów za baryłkę i jednocześnie 85 dolarów średniorocznie. Taki poziom wydaje się całkiem prawdopodobny, pod warunkiem, że nie nastąpi wyraźne pogorszenie się sytuacji w globalnej gospodarce, a strach przed inflacją będzie odpowiednio silny. Bardziej „odważne” przewidywania zakładają dojście cen do poziomu 150 dolarów za baryłkę. Przypominają one raczej opowieści z gatunku market fiction, a opierają się na prognozach wzrostu popytu ze strony rynków wschodzących. Nie uwzględniają one chyba jednak faktu, że bez wyraźnego przyspieszenia gospodarczego i popytu w najbardziej uprzemysłowionych regionach świata, rynki wschodzące nie będą miały do czego używać wielkich ilości ropy. Ich przemysł w dużej mierze jest zależny od eksportu i jeśli ten nie ruszy, na wielki wzrost raczej nie ma co liczyć. Popyt na auta w Chinach rzeczywiście robi wrażenie, ale trudno spodziewać się, że miliony bogacących się mieszkańców tego kraju ruszą swymi nowymi pojazdami z silnikami o pojemności 3 litrów na weekendowe wyprawy do odległych o setki kilometrów miejscowości wypoczynkowych. Trzeba zdawać sobie sprawę, że ceny ropy wzrosły w ciągu roku o ponad 70%, a od najniższego w ubiegłym roku poziomu o ponad 100% i są bardzo wysokie. W latach boomu gospodarczego 2005-2007 oscylowały wokół 60-65 dolarów za baryłkę.
Jeszcze bardziej dynamicznie rosły ceny miedzi. Od początku roku tona tego metalu podrożała o prawie 140%, a od poziomu ubiegłorocznego minimum o ponad 160%. Widać tu ogromny popytu ze strony państw azjatyckich, szczególnie Chin, jednak także trudno przewidywać, że notowana będą rosły bez końca. Trudno ocenić, na ile popyt ma charakter „fundamentalny”, a na ile spekulacyjny i mający na celu budowę zapasów i lokatę kapitału oraz obronę przed spodziewaną inflacją. Miedź jest najdroższa od kilkunastu miesięcy. Na giełdzie w Szanghaju w ostatnim dniu ubiegłego roku kosztowała 8870 dolarów, a w Londynie 7415 dolarów. Jej ceny gwałtownie rosły od wiosny 2005 r. i utrzymywały się na bardzo wysokim poziomie przez prawie trzy lata. Do osiągnięcia rekordowych notowań brakuje jeszcze tylko nieco ponad 20%. Ropa ma do przebycia dystans aż 80-90%.
O tym, jak zawodne mogą być wszelkie rachuby i prognozy i jak szybko zmienić się może koniunktura a wszelkie argumenty mogą iść do lamusa, można się przekonać, obserwując sytuację na rynku złota. Po trwającym od końca października do pierwszych dni grudnia dynamicznym wzroście cen kruszcu, zwieńczonym rekordem wszechczasów na poziomie 1226 dolarów za uncję, doczekaliśmy się silnej korekty. Od szczytu ceny złota spadły o 10% i cofnęły się niemal do punktu, w którym zaczął się poprzedni wzrost. Nie przesądza to jeszcze oczywiście o dalszym rozwoju sytuacji na rynku tego metalu, ale daje niezłą lekcję poglądową inwestorom. Spadek tej skali na rynku akcji, czy nawet ropy naftowej nie jest niczym nadzwyczajnym. Również w przypadku złota nie stanowi on wielkiego „trzęsienia ziemi”, ale jest ruchem dość znaczącym.
Zastanawiająca jest jednak różnica w zachowaniu się cen złota i srebra w porównaniu z notowaniami miedzi i ropy. Część argumentów, przemawiających za zwyżkami na wszystkich tych rynkach jest przecież identyczna. Należą do nich między innymi obawa przed inflacją, wzrost popytu, związany z ożywieniem gospodarczym, rosnące zapotrzebowanie ze strony gospodarek rozwijających się. Dlaczego więc nadal napędzają one wzrosty cen miedzi i ropy, a przestały działać w przypadku złota? Czy to, co dzieje się z cenami złota może być zwiastunem zmian na innych rynkach, czy wręcz przeciwnie, sytuacja na nich wskazuje, że spadek notowań złota jest tylko przejściowy? Trudo o jednoznaczną odpowiedź na każde z tych pytań. Złoto ma o wiele bardziej „inwestycyjny” charakter niż miedź i ropa, czy inne surowce, ale niewiele to wyjaśnia. Chyba, że uznamy, że decydujący wpływ na notowania kruszcu w ostatnim czasie miały czynniki o charakterze „spekulacyjnym”. Trudno także tłumaczyć ruchy na rynku złota sytuacją na rynku walutowym, czyli notowaniami amerykańskiej waluty. Jej umocnienie się nie wpłynęło bowiem ani na rynek miedzi, ani ropy, a przynajmniej nie w tak dużym stopniu, jak w przypadku złota. Warto też zwrócić uwagę na pewne odstępstwo od występującej w ostatnich latach prawidłowości sezonowej na rynku złota. Dynamiczny wzrost notowań rozpoczyna się zazwyczaj w drugiej połowie roku i trwa do pierwszych tygodni następnego roku, po czym następuje silniejsza korekta. Albo więc w 2009 r. cykl ten uległ zakłóceniu i skróceniu, albo czeka nas jeszcze jednak fala wzrostu notowań kruszcu. Ta druga ewentualność wydaje się jednak nieco mniej prawdopodobna. Wzrostu notowań można by się spodziewać, gdybyśmy zobaczyli głębsze spadki na giełdach akcji.
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.