![]() | Raport z rynku akcjiRoman Przasnyski główny analityk Gold Finance Gold Finance Sp. z o.o. | ![]() |
Dwa pierwsze tygodnie grudnia różniły się między sobą diametralnie. Bilans pierwszych pięciu sesji miesiąca to wzrost wartości indeksu największych spółek o prawie 5,7% i pokonanie szczytu całej trwającej od połowy lutego tendencji wzrostowej.
Miniony tydzień to spadek o prawie 4,7%, niwelujący w całości wcześniejsze zdobycze byków. Teraz wskaźnik jest 115 punktów poniżej szczytu, ale do upragnionego poziomu 2400 punktów brakuje niecałe 70. Można by powiedzieć, że tak drastyczne różnice nastrojów, jakie obserwowaliśmy ostatnio, to nic nadzwyczajnego. Odreagowanie, korekta, niekorzystny układ czynników zewnętrznych. Ale jeśli prześledzić historię wykresu indeksów w układzie tygodniowym, to zauważymy, że taka sytuacja - czyli silny wzrost, połączony z wyznaczeniem nowego szczytu i następujący po nim równie dynamiczny spadek, wymazujący zwyżkę - powtarza się już po raz trzeci. Wcześniej mogliśmy tę sytuację obserwować w końcu listopada, na przełomie października i listopada, a w nieco łagodniejszej i wykrzywionej formie, także na przełomie września i października.
To raczej nie przypadek. Każda odważniejsza próba wzrostu i ustanawiania przez indeksy nowych rekordów, kończy się silną kontrą niedźwiedzi. Trend jest kontynuowany, ale zdecydowanie słabnie. A wyprzedaż, następująca z wyższego poziomu, nosi najwyraźniej znamiona tzw. dystrybucji akcji, czyli pozbywania się ich i realizacji zysków przez poważniejszych graczy. A chętnych do ich przejmowania nie ma aż tak wielu, więc spadki są silne, a obroty małe. Charakterystyczne jest także to, że handel ożywia się w czasie spadków, a maleje, gdy ceny rosną. Zauważymy dodatkowo, że z 83% zwyżki indeksu największych spółek, osiągniętego od początku marca, 52% zrealizowane zostało do pierwszej połowy czerwca, czyli w pierwszych 14 tygodniach trwania całej fali wzrostowej. Od połowy czerwca do ostatniego szczytu, czyli przez 24 tygodnie, udało się bykom wydźwignąć indeks o zaledwie 20%. To pokazuje, że słabnięcie rynku staje się coraz bardziej widoczne. Ostatnich kilkanaście tygodni to bardziej ruch w bok niż w górę, w dość wąskim przedziale 2100-2400 punktów w przypadku WIG20 i 37-40 tys. w przypadku indeksu szerokiego rynku. W "modelowych" trendach bocznych znajdują się wskaźniki małych i średnich firm, i to od 17 tygodni.
Optymiści mogą twierdzić, że to płaska korekta i nabieranie sił przed dalszą zwyżką. Pesymiści sugerują wygasanie tej wzrostowej korekty w bessie i powrót do głównego trendu, czyli ruch w dół. Wypada tylko zauważyć, że taka rozbieżność poglądów jest dla rynku zbawienna. Gdyby jej nie było, handel na giełdzie byłby dość rachityczny. Gdyby wszyscy uważali, że akcje pójdą w górę, nie byłoby chętnych do ich sprzedaży.
Grupą, której papiery zostały w minionym tygodniu najmocniej przecenione, były banki. Subindeks tego sektora zniżkował o 5,4%. Duża płynność handlu akcjami Pekao i PKO "mściła" się na nich w trakcie spadkowych sesji. Wówczas walory obu banków traciły "nieproporcjonalnie" mocno przy bardzo wysokich obrotach. Widać było w tej wyprzedaży "rękę" inwestorów zagranicznych. Najlepiej radziły sobie spółki z branży spożywczej, której indeks stracił jedynie 1,8% oraz telekomunikacyjne, gdzie wskaźnik zniżkował o 2,3%.
Europa
Na głównych rynkach europejskich miniony tydzień stał pod znakiem niewielkich spadków. Indeks giełdy we Frankfurcie zniżkował o 1%. A z niemieckiej gospodarki zaczęły napływać informacje zupełnie niejednoznaczne. Na początku tygodnia okazało się, że nieoczekiwanie spadły zamówienia w przemyśle oraz produkcja przemysłowa. Trudno się więc dziwić sporym spadkom cen akcji we wtorek i środę. Koniec tygodnia był już znacznie lepszy, dzięki także zaskakującym danym o nadwyżce handlowej i rekordowym wzroście eksportu. Obserwacja zachowania wykresu DAX-a nie nastraja jednak zbyt optymistycznie. Szczyt z połowy października, atakowany nieskutecznie już dwukrotnie - w połowie listopada i w pierwszych dniach grudnia - wydaje się być poza zasięgiem byków. Choć brakuje do niego zaledwie 130 punktów, licząc od piątkowego zamknięcia. Ale być może jakieś impulsy, których się nie spodziewamy, będą w stanie wyrwać i niemiecki, i europejskie rynki z marazmu, w jakim znajdują się od kilku tygodni. Obserwując przebieg kolejnych sesji, scenariusz niemal każdej następnej można nakreślić już dzień wcześniej. Ryzyko popełnienia pomyłki jest minimalne. Niestety pieniędzy
na tej "wiedzy" zarobić się nie da.
Paryski CAC40 wygląda i zachowuje się niemal identycznie, jak jego kolega z Frankfurtu. W minionym tygodniu stracił także nieco ponad 1%, czyli niemal tyle samo co DAX. Poruszał się w tym samym tygodniowym i codziennym cyklu. Od tej bliźniaczej dwójki ze sternikiem (zdalnym, bo zza oceanu) nieco bardziej odróżniał się brytyjski FTSE. Po pierwsze, jego spadek w skali tygodnia był dwukrotnie wyższy niż poprzedników.
Po drugie, "starał" się nieco bardziej reagować na czynniki makroekonomiczne. Nieco przestraszył się też przebąkiwań o możliwości obniżenia ratingu Wielkiej Brytanii przez Moody’s. Zjednoczone Królestwo zostało wymienione w tym kontekście wraz ze Stanami Zjednoczonymi. O ile jednak w przypadku tego ostatniego cięcie ratingu jest bardzo mało prawdopodobne, to koronę gospodarczej i finansowej potęgi z brytyjskiej głowy strącić znacznie łatwiej. A wówczas i Ameryka mogłaby się trochę przejąć swoimi kłopotami.
Na rynkach zupełnie przez inwestorów i analityków zapomnianych, takich jak Grecja czy Hiszpania, zaczął się całkiem spory ruch. W przypadku tego pierwszego kraju, zaczął się on tak naprawdę znacznie wcześniej. Od połowy października indeks giełdy w Atenach stracił prawie 30%. Załamanie z początku grudnia to tylko końcowy etap tego spadkowego procesu. Ale 8% spadek w skali ostatniego tygodnia robi wrażenie. Hiszpański IBEX35 spadał w najgorszym momencie o prawie 5%, jednak koniec tygodnia przyniósł niewielkie odreagowanie i zmniejszenie skali zniżki. Patrząc z dłuższej perspektywy, wskaźnik jest w o wiele lepszej sytuacji niż jego ateński odpowiednik, ale w ostatnich tygodniach sporych wahań nie brakowało i w Madrycie. Trudno się dziwić, że w takich warunkach skrzydeł nie mógł rozwinąć turecki ISE100, który pracowicie odrabia od kilku tygodni wcześniejsze straty. W minionym tygodniu nieznacznie jednak stracił na wartości. Bardzo słabo zachowywały się indeksy na giełdach naszego regionu. Węgierski BUX stracił 1,35%, ale spadki w Pradze, Moskwie, Sofii i Warszawie, sięgały 4-5%.
USA
Na amerykańskim parkiecie miniony tydzień był dość burzliwy. Pierwsza jego część przyniosła spore spadki, jednak końcówka była już znacznie lepsza. W efekcie bilans dla S&P500 wyszedł niemal idealnie na zero, w przypadku Dow Jones’a był lekko dodatni, a Nasdaq zniżkował o prawie 0,2%. Pierwszy ze wskaźników zdołał się utrzymać nieznacznie powyżej poziomu 1100 punktów "utrwalając" trend boczny, ciągnący się już od miesiąca. Do żadnych rozstrzygnięć więc nie doszło. I trudno się też spodziewać, byśmy się ich doczekali w tym roku. Dobre dane, dotyczące amerykańskiej gospodarki działają pro wzrostowo na indeksy w bardzo ograniczonym stopniu. Euforia, o ile się pojawi i o ile można określić ją takim mianem, trwa bardzo krótko. Szybko po niej następuje powrót do szarej rzeczywistości. Tak było w poprzedni piątek, po zaskakujących danych z rynku pracy. Informacje z mijającego tygodnia o mniejszym deficycie handlowym, czy wzroście sprzedaży detalicznej zdołały dźwignąć S&P500 o zaledwie 10 punktów w górę i częściowo zniwelować wcześniejszy spadek jego wartości. Indeks Russel2000, obrazujący koniunkturę na rynku amerykańskich małych firm, czyli odpowiednik naszych mWIG40 i sWIG80, po październikowo-listopadowym podwójnym szczycie boryka się z poziomem około 600 punktów. Choć do trzeciego podejścia wystarczy zaledwie około 20 punktów, czyli 3%, wykres tego indeksu wcale nie robi wrażenia, by do poważniejszego ataku miało dojść, nie mówiąc o jego sukcesie.
W nadchodzących dniach czeka nas standardowa dawka informacji o amerykańskiej gospodarce, ale trudno oczekiwać, by miały one zasadniczo zmienić obraz rynku. Wszystko wskazuje na to, że rozstrzygnięcie, przynajmniej średnioterminowe, zobaczymy już w pierwszych tygodniach przyszłego roku.
Azja
Na parkietach azjatyckich sytuacja w ubiegłym tygodniu była dość zróżnicowana. Na jednym biegunie umieścić można zniżkujący o prawie 2,7% indeks giełdy w Hong Kongu. Z kolei bliski mu pod wieloma względami Tajwan zaliczył zwyżkę o 2,3%. Królujący w tym regionie Szanghaj zachowywał się bardzo powściągliwie, zniżkując
o symboliczne 0,2%. Ale ta powściągliwość wcale nie wskazuje na siłę tego coraz bardziej znaczącego na świecie rynku. Od kilkunastu dni utrzymuje się on w tendencji bocznej z lekką tendencją do osłabiania się. USA idą w bok, Chiny idą w bok, czy można się dziwić, że reszta giełdowego świata wstrzymuje oddech i patrzy, co będzie się działo między potęgami? Na rynku surowców już od pewnego czasu nastroje kształtują informacje zza Wielkiego Muru, a nie te z okolic Kanionu Colorado. To giełda w Szanghaju decyduje o tym, jak "chodzi" miedź, a nie Londyn czy Nowy Jork.
Osobny rozdział stanowiła giełda w Tokio. Nikkei zwiększył swoją wartość jedynie o 0,85%. Jednak to, co dla jedynych stanowi "tylko", dla innych może znaczyć "aż". Jeśli spojrzeć na wykresy z ostatnich dwóch tygodni w Szanghaju i Tokio widać duże podobieństwo i jedną małą różnicę. Oba wskaźniki od 30 listopada do 4 grudnia wykonały niemal identyczny ruch w górę. W dzień Świętej Barbary, zupełnie w tamtejszym regionie nieznany, Nikkei wystrzelił w górę, a Shanghai B-Share zanurkował w dół. W kolejnych dniach oba rynku poruszały się znów w podobnej "fazie". Ale w piątek ich drogi znów się rozeszły. Nikkei wzrósł o 2,5%, a Shanghai o 0,2%. Te różnice stają się bardziej zrozumiałe, jeśli zauważyć, że Japonia wykonuje coraz bardziej energiczne ruchy, idące w trzech kierunkach. Pierwszy to obrona przed umacnianiem się jena wobec dolara, drugi to przeciwdziałanie deflacji i trzeci, zmierzający do dalszego stymulowania gospodarki kolejnymi miliardami programów pomocowych.
Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.