Rynek walutowy i surowców

Roman Przasnyski

główny analityk Gold Finance

Gold Finance Sp. z o.o.

Na światowym rynku walutowym nie brakuje emocji już od kilku tygodni. Sytuacja staje się jednak coraz bardziej dynamiczna. W poprzednim tygodniu kurs euro do dolara poruszał się nerwowo w przedziale 1,48-1,5. W mijającym jego górna granica została zdecydowanie przebita i w środę za euro trzeba było płacić 1,514 dolara.

W czwartek i piątek nastąpiło jednak gwałtowne odreagowanie tej tendencji i amerykańska waluta na powrót umocniła się do 1,49 dolara za euro. Słaby dolar coraz mocniej uderza w gospodarki innych krajów. W wyniku rekordowego umocnienia się japońskiej waluty za dolara w czwartek trzeba było płacić jedynie nieco ponad 86 jenów. Na rynku panuje przekonanie, że Japończycy nie będą interweniować w celu osłabienia jena. Japoński minister finansów stwierdził jednak, że rząd musi podjąć działania z powodu "anormalnych zmian kursów".

Uważa się, że interwencja może nastąpić, gdy kurs dolara osiągnie mniej niż 85 jenów. Poprzednio Bank of Japan interweniował w marcu 2004 r., kupując 782 mln dolarów za 67,8 mld jenów. Dealerzy spekulują także, że w czwartek bank centralny Szwajcarii interweniował na rynku sprzedając franki w celu ograniczenia tempa aprecjacji tej waluty wobec dolara. Gwałtowne osłabienie się dolara nie miało związku z jakimikolwiek istotnymi dla rynków finansowych informacjami. Odwróceniu się tej tendencji sprzyjał wzrost niechęci do ryzyka w wyniku ujawnienia kłopotów przez fundusz Dubai World.

Na naszym rynku walutowym także trudno mówić o stabilizacji. Początek tygodnia przyniósł zdecydowane umocnienie się złotego. Jeszcze w poprzedni piątek wieczorem za dolara trzeba było płacić 2,8 zł, w środę zaś już tylko 2,71 zł. Czwartek i piątek to ponowne gwałtowne osłabienie naszej waluty do 2,82 zł za dolara. W piątek wczesnym popołudniem za euro trzeba było płacić nawet 4,19 zł, o dziesięć groszy więcej, niż
na początku poprzedniego tygodnia. Cena franka skoczyła z nieco ponad 2,7 zł w poprzednim tygodniu do 2,78 zł w piątek. Zawirowania na rynku na razie każą odłożyć na dalszą przyszłość weryfikację licznych prognoz, mówiących o umocnieniu się złotego.

Rynek Surowców
Sytuację na rynkach surowcowych kształtowało przede wszystkim to, co działo się z dolarem. Uwagę znów przyciągało złoto. Choć inwestorzy powinni przyzwyczaić się już do tego, że niemal codziennie jego notowania biją kolejne rekordy wszechczasów, to jednak, to, co obserwowaliśmy w ostatnich dniach, naprawdę robi duże wrażenie. Poprzedni tydzień kończył się na poziomie 1141 dolarów za uncję. W czwartek trzeba było za nią zapłacić o 54 dolary drożej. Do psychologicznego poziomu 1200 dolarów za uncję zabrakło zaledwie niecałe 5 dolarów. Oczywiście z powodzeniem działał tu mechanizm słabszy dolar - droższe złoto. W czwartek, a już szczególnie w piątek, poznaliśmy jak działa on w kierunku odwrotnym. Gwałtowne umocnienie się dolara spowodowało spadek cen złota. Jego skala była momentami dość dramatyczna. W piątek około południa cena uncji złota spadła do 1137 dolarów, a więc o 58 dolarów od czwartkowego szczytu. To oznacza ruch o prawie 5% z dnia na dzień. Sytuacja raczej niespotykana na tym rynku. Co prawda po pewnym czasie notowania wróciły do poziomu 1160 dolarów za uncję, ale takiej skali emocji dawno już nie widzieliśmy. Piątek kończył się spadkiem notowań o ponad 2%. Przynajmniej w tym tygodniu można było sobie darować wyszukiwanie fundamentalnych argumentów, przemawiających za ruchem cen w tę, czy inną stronę.

Nie mniej nerwowo było w przypadku ropy naftowej. Tyle, że jej ceny poruszały się w kierunku przeciwnym niż złoto. Jeszcze w połowie poprzedniego tygodnia za baryłkę trzeba było płacić prawie 80 dolarów, w piątek około południa już tylko 75 dolarów.

Tu również trudno doszukiwać się racjonalnych powodów tych ruchów. Poniedziałkowe komentarze maklerów pełne były słów o perspektywach wzrostu popytu na paliwa. Ale już tego dnia po południu ceny zaczęły zachowywać się tak, jakby oczekiwania były zupełnie inne. W połowie tygodnia przeważały argumenty o realizacji zysków przez inwestorów.

Przegląd opinii fachowców i tempa ich zmian w odniesieniu do rynku miedzi jest jeszcze bardziej emocjonujący niż w przypadku ropy. W poniedziałek jedna z firm analizujących rynek miedzi podała, że globalny popyt na ten metal spadł w tym roku o 1,5% w porównaniu do 2008 r. Maklerzy komentowali: " miedź drożej w poniedziałek
o prawie 2%, inwestorzy znów chętnie kupują metale, bo tanieje amerykański dolar". Dzień później można było przeczytać: "miedź tanieje we wtorek o 1,2%", chwilowo bez komentarza o powodach tego osłabienia. W czwartek: "miedź drożeje w czwartek o 1,1% z powodu spadku kursu dolara. Technicznie miedź jest nadal w trendzie wzrostowym z powodu dolara, choć fundamentalnie jej notowania nie mają związku z popytem
i podażą". Wreszcie celna opinia. Ruchy cen na rynku nie mają związku z popytem i podażą. Nominacja do Nobla z ekonomii. Tyle tylko, że nie ma szans na jej zdobycie, bo trzebaby dodać, że ceny nie mają związku z rzeczywistym, fundamentalnym popytem i podażą. Rynkiem rządzi spekulacyjny popyt i spekulacyjna podaż.


Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Dodaj komentarz

Oblicz kod z obrazka